Wystawa Adama Adacha nie jest wystawą stricte o piłce nożnej – informuje wystawowa notka. To prawda, artysta tropi pozasportowe smaczki, którymi futbol często obrasta, pozostawiając jego widowiskowość i potencjał za szeregiem mniej lub bardziej ciekawych anegdot.
Mimo że jego prace traktują o przejawach życia ludzkiego – społecznego, politycznego – są tak naprawdę o sztuce. O tym, czy można daną rzecz, sytuację przełożyć na jej język, włożyć w jej system. Stąd tak duże zainteresowanie we wsobnym środowisku, które najchętniej zajmuje się problemami własnej dziedziny. Jest to zastanawianie się nad tym, co może zrobić sztuka, a nie chęć podjęcia długofalowego, bezpośredniego – przez co trudnego – działania na rzecz ludzi, społeczności, czy wartości.
Gęsto od ludzi. Wszędzie porozbijane malutkie kupki, zorganizowane mikroobozy młodych. Jedni drugim nie przeszkadzają, każdy żyje w gronie swoich znajomych. Rewitalizacja pełną parą. Dworzec, symbol brudu, smrodu i ubóstwa zamieniony na modną knajpę, gdzie nie wypada się nie pokazać. W końcu trafiamy na siebie. W gronie przyjaciół oprócz prostych tematów majówkowego szaleństwa ślizgamy się po ważniejszych problemach. Wieś versus miasto. Wyciszenie od zgiełku miejską fanaberią czy przymusem. Dwie różne postawy.
Przy metrze Świętokrzyska widzę wielki baner i dmuchaną reklamę. Dalej zaklejone Domy Towarowe, opakowaną Rotundę i zasłonięty Universal. Znienawidzone plandeki i wielkoformatowe wydruki krzyczące o pędzącym, za nami i przed nami, kapitalizmie. Porozrzucane jakby przypadkowo budynki zwiększają poziom irytacji, spowodowanej niemocą poradzenia sobie, z nieustanną chyba, przestrzenną transformacją – tą postmoderną totalną. Wiek XIX, socrealizm, modernizm i wiek XXI – wszystko skłębione wzdłuż szerokiej szosy przecinającej miasto.
Nie podpisuję się pod twierdzeniem, że język artystyczny jest lepszym od innego, np. obywatelskiego czy potocznego. Może i jest modniejszy, bardziej sexy i szlachetny, ale nie zawsze celny i konieczny. Dla mnie sztuka stanowi narzędzie do komunikowania czegoś i tym samym podlega regułom komunikacji – jeśli nie ma się nic do powiedzenia, lepiej nie mówić. Tym samym jest jednym z wielu elementów rzeczywistości składającej się także z dużej ilości innych sposobów wypowiedzi, artykulacji różnych problemów.
Malarstwo Doroty, jako mojej przyjaciółki, mnie po prostu dotyczy. Kształtuje mnie, dlatego chcę je pokazywać w moim domu, w domu, który się właśnie kształtuje.
Dziś Kaczyński i Gorczyca to nobliwi panowie, którzy rozbijają się po świecie, jeżdżąc z jednych artystowskich targów na drugie. Kiedyś jednak było inaczej – biedniej, bardziej swojsko i bliżej własnego bloku z wielkiej płyty. Historia rastrystów zaczyna się gdzieś w odległych latach 90., kiedy to dwóch chłopaczków o zapędach artystycznych postanowiło dekorować szkolne gabloty swoją wytwórczością: wierszami i małymi, prostymi obrazeczkami, których temat zwykle nawiązywał do codziennego życia.
Wybory rektorskie to taka sesja egzaminacyjna – ma formę egzaminu dyplomowego i kończy się przyznaniem 4-letniej licencji na wykonywanie zawodu. Obaj kandydaci na stanowisko rektora we wtorek 17 kwietnia przeszli egzamin przed komisją złożoną ze studentów. Trochę się denerwowali, jednemu drżały ręce, drugi nie mógł się zmieścić w czasie przeznaczonym na prezentację – zazwyczaj jest odwrotnie, to studentowi drżą kończyny i plączą wątki pod surowym okiem profesorów.
Kiedy czasami ktoś pyta mnie o charakter galerii Kolonie, o jej ewentualne „założenia programowe” czy szerszą koncepcję, mam kłopot z odpowiedzią. Mówię więc, że Kolonie to galeria bez programu, bo program to ograniczenia, zbędny gorset i prosta droga do przewidywalności. Jedyną i główną koncepcją Kolonii jest bowiem pokazywanie sztuki żywej – przede wszystkim tożsamych mi pokoleniowo i wspólnotowo artystów (i wystaw takichże kuratorów).
Kim jest hipster i jak wygląda jego trójkąt – to jest właśnie to, co niezmiennie spędza wam sen z powiek, postanowiłam więc ponownie rozważyć ten problem. Warto o nim pomyśleć także ze względu na fakt, że hipsterskie wątki co raz częściej pojawiają się już nie tylko w prywatnych galeryjkach w Krakowie, ale i w nobliwych, stołecznych instytucjach sztuki. Co tu dużo mówić – sztuka dziś to prawdziwa gratka dla wyznawców trójkąta!
Illustrationstartup 2012 to kameralny konkurs à rebours, trochę w poprzek wszelkim terminom i schematom. Chcieliśmy pazurkiem oderwać etykietkę przyklejoną do ilustracji dziecięcej i młodzieżowej.
Po krótkiej projekcji, rozpoczęła się debata, która poszła we wszystkich kierunkach. Większość wypowiedzi rozmijała się, pogłębiając ogólne niezrozumienie. Chyba spontaniczna moda sprawiła, że ludzie nawzajem się nie słuchali i łapali za słowa. Obyło się bez wniosków końcowych.
Nie będę chyba zbyt wdzięczną recenzentką, jeśli temat przewodni tego posta – czyli recenzję Estetyki relacyjnej Nicolasa Bourriaud – potraktuję jako przyczynek do rozważań na nieco(?) inny temat. Jeśli jednak są to świeżutkie hot newsy o życiu artystów na mediach społecznościowych oraz ich wzajemnych relacjach pomiędzy sobą, widzami i resztą art świata – może nie jest to takie nonsensowne, jak się na pierwszy rzut oka może wydawać.
W piątkowy wieczór 9 marca główna aula warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych pękała w szwach. Wszystko za sprawą pierwszego spotkania w drugiej edycji Akademii Otwartej, czyli wspólnej inicjatywy Akademii i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Bohaterem wieczoru był prof. Grzegorz Kowalski, który zarysował genezę oraz podstawy swojej metody pedagogicznej. Jednak można chyba założyć, że tłumnie przybyłą publiczność zwabiła również atmosfera skandalu, a to za sprawą zapowiedzi „przejęcia dyskusji” przez środowisko studenckie.
„Wielki klasyk współczesności” Mirosław Bałka powiedział, że chciałby aby nasze czasy były naszymi czasami. Dlatego, jako przedstawiciel Akademii Sztuk Pięknych współorganizuje z Muzeum Sztuki Nowoczesnej cykl spotkań pn. Akademia Otwarta.
Fundacja Galerii Foksal po raz pierwszy od solowej wystawy w Zachęcie (2010) proponuje pokaz malarstwa Jakuba Juliana Ziółkowskiego. O ile termin „zmęczenia rzeczywistością” nieco wszystkim się przejadł, o tyle nowe (rok powstania 2011) płótna Ziółkowskiego otwierają kolejny rozdział w jego malarstwie wymykając się nazwom i pojęciom.
„Czerwona poprzeczka” w kontekście wcześniejszych wystaw przygotowywanych dla Salonu Akademii przez Szabłowskiego – wystawach o potencjalnej śmierci malarstwa i o rysunku funkcjonującym w szeroko pojętej kulturze wizualnej – jest najbardziej tradycyjna i autotematyczna, najsilniej też wycelowana w stronę studenta akademii.
Poznań słynie w Polsce z dobrej drużyny piłkarskiej, lepszych rogalików i najlepszego rapera. Od jakiegoś czasu do tej galerii sław dołączyła również sztuka – niech w niewyszukany sposób świadczą o tym najważniejsze na polskiej scenie artystycznej nagrody, które w ogromnej większości od dwóch lat są na wyłączność artystów z Poznania. Próbą naszkicowania aktualnej artystycznej specyfiki miasta jest wystawa „Arbeitsdisziplin” w Galerii Miejskiej Arsenał.
Hm… wnioski z dzisiejszego posta mogą być zastanawiające – oto bowiem pojawia się teza, że najlepszą sztukę nowych mediów tworzą podstarzałe księżniczki i głupki z kolorowymi karteczkami. Może jednak kryje się w tym jakaś głębia i kierunek, w którym sztuka nowych mediów powinna podążyć?
Tak jak w przypadku ciała, które przyjmując pokarm przetwarza go na energię, która w różny sposób wraca z powrotem do otoczenia, tak umysł zebrane informacje musi przetworzyć i oddać w postaci wiedzy i pomysłów.
To, co robią dziś w Abbey House, jest najogólniej rzecz ujmując wpajaniem ludziom, że wartości artystyczne, wiedza itd w ogóle się nie liczą. LICZY SIĘ HAJS, „kasa Misiu, kasa!”
W odgłosach krytycznej orgii zagubiła się przy okazji refleksja, jaka właściwie jest ta wystawa: nikt nie silił się na zbytnią analizę. Nic dziwnego – wystawa działa na emocje i prowokuje widza, wprawiając wszystkich w stan swoistej gorączki.
Sztuka, której twórca legitymizuje się „nastrojem” musi być bezzasadna, chwilowa, miałka i jednorazowa. Jej przeciwieństwem jest sztuka wynikająca z głębokiego odczuwania danej sytuacji: osobistej, społecznej, politycznej, religijnej, egzystencjalnej; będąca skutkiem nie chwilowego kaprysu, lecz przeżycia czegoś – bo przeżywanie rozłożone jest w czasie. Nastrój nigdy nie będzie podglebiem doniosłych koncepcji, bo nie ma żadnej trwałej podstawy, ale przede wszystkim jest powtarzalny i przewidywalny.
Coraz powszechniejsze staje się pisanie recenzji przez pracowników komercyjnych galerii i instytucji.
Za każdym razem, kiedy jestem trochę dłużej na szosie, mam poczucie odklejenia od normalnego biegu wydarzeń. Nabieram dystansu do codzienności, co pomaga w głębszym zastanowieniu nad wartościowością rzeczy, którymi się zajmuję.
Dlatego teraz chciałbym wolny czas traktować jako coś istotnego. Może w sposób trochę wysilony, bo przefiltrowany przez świadomość jego wagi. Kiedyś on po prostu był, dziś trzeba go przemyśleć.
Na wyrzeźbienie czegoś z niczego potrzeba więcej czasu niż by się mogło wydawać. Cezura od-do nie wystarcza. Istotne jest też przed i po. Czas fizyczny, spędzony na pracy twórczej okazuje się być umowny – jest (powinien być) chwilą całkowitego skupienia – przetworzenia tego, co wcześniej i później. A jednak, jest momentem wyjętym z oczywistości, z codzienności.
Jestem w samym środku procesu studiowania na ASP. Niestety, studia na Akademii nie dają miejsca realnemu doświadczaniu. Przez pierwsze lata doprowadza się studenta do skrajnego stanu wyczerpania ciała i umysłu – robić, robić, robić – czasem oddychać w potrzebie, za dużo nie myśleć, nie narzekać, przetrwać!
Jadąc na uczelnię tym samym autobusem, pokonując tę samą trasę po raz n-ty, następuje moment kiedy mijam otoczenie, które niczym już mnie nie zaskakując, się rozmywa. Wówczas, korzystając z usług komunikacji miejskiej i słuchając muzyki z elektronicznego odtwarzacza, odseparowuję się od otoczenia i uciekam w mój hermetyczny, wewnętrzny świat rozmowy z samym sobą.
Są dwie Rosje. Jedna centryczna, druga linearna. Minąłem Moskwę wielkim łukiem, ale jej siłę przyciągania czuć na tysiąc i więcej kilometrów. Gdzie by się nie znaleźć, ciągle z Moskwy, albo do Moskwy. Nagle magnes puszcza i wpadam w koleinę transyberyjskiego szlaku.
Pod koniec grudnia poprosiliśmy autorów blogów podpiętych pod Gablotę o parę słów podsumowania 2011 roku. Publikujemy teksty, które dotarły do nas do 6 stycznia. Zapraszamy do lektury i dyskusji na temat roku 2011 w sztuce.
W sztuce bowiem nic nie bawi tak bardzo, jak repetycja i nieustanne odgrzewanie dawnych emocji. Wiadomo: co sprawdziło się raz, sprawdzi się i drugi. Do dzieła! Najwyższa pora na „Przewodnik polityczny” Sztuki na gorąco, omawiający subiektywnie to wszystko, co w polskiej sztuce 2011 było najbardziej hot.
Cały ten akcjonizm wydał się dziś sztuką niezwykle estetyczną, intrygującą w płaszczyźnie wizualnej. To co rzuca się w pierwszym momencie, to przede wszystkim czysto sfotografowany brud. Ale ponieważ załapałem się na oprowadzanie i dyskusje nt. wystawy, a jestem dość wrażliwy na punkcie opowiadania bajek przy okazji wieszania obrazków, postanowiłem co nieco napisać.
W jednej z kaplic kościoła, przy użyciu kilku belek siana, upletliśmy kopułę, która z zewnątrz wygląda jak stóg siana od środka. Ciemność i zwyczajny, słaby materiał użyty do zrobienia stogu są tak samo marne jak otaczająca nas rzeczywistość. Z jednego tylko miejsca wydobywa się światło.
W ostatnich dniach w prasie i internecie pojawiły się informacje na temat obywatelskiej akcji grupy młodych ludzi, którzy w ramach odruchu społecznego zaangażowania wystąpili przeciwko likwidacji jednego z warszawskich barów mlecznych. Pod hasłem „ponownego otwarcia Baru Prasowego” kryje się – w moim mniemaniu bardzo szkodliwa – manifestacja poglądów i zwyczajów lewackich.
Ćwiertniewski w ciasnej kabinie z kiblem (na czas trwania wystawy zamienionej w Galerię Jednego Widza) wystawia pokaźną serię obrazów, których nie da się zobaczyć. Zbita masa zasłaniających się wzajemnie płócien zostaje wepchnięta pomiędzy dwie ściany małego pomieszczenia.
W końcu przydarzyła się jednak prawdziwa gratka: wernisaż wystawy najlepszych dyplomów studentów warszawskiej ASP. Wiadomo: nie mogło mnie tam nie być, gdy więc nadszedł długo oczekiwany dzień wernisażu, wcisnęłam się w swoje najbardziej artystowskie spodnie i wybiegłam na miasto.
Stwarzano wrażenie, że należy się nad tego typu pozycjami równie ładnie pochylać, równie szczerze badać, ale ogólnie nie czytać – nie czynić przynajmniej czytania takich książek celem, a jedynie drogą w kierunku akademickich wniosków, prac itp. Przykra to sytuacja, symboliczna nawet, pokazująca jak przedmiotowo akademizm traktuje już nawet nie twórczość, ale i rzeczywistość. Książki w tym przypadku to tylko tło, a tło można wymieniać.
Zanim pierwszy raz zaoferowałem swoją pomoc przy tworzeniu galerii Turbo, powstałej w styczniu tego roku, zaangażowanie społeczne miałem prawdę mówiąc „w dupie”.
Oto ostatnio poznaliśmy zwycięzców dwóch ważnych na polskiej scenie artystycznej konkursów – Spojrzeń Fundacji Deutsche Bank i Samsung Art Master. Czego właściwie oczekuje się dzisiaj od wystawy konkursowej, więc de facto zbiorowej? Paradoksalnie, wydaję mi się, że wystawa konkursowa, tym bardziej jest ciekawa, gdy mniej przypomina wystawę zbiorową, taką jaką zna się na co dzień. Bez dyskursywnego szlaku wytyczonego przez kuratora, bez prób budowania ogólnych, spajających prace narracji. Zbiór artystów i prac walczących o główną nagrodę.
Przyglądając się współczesnej sztuce trudno nie zastanowić się nad formą jej upowszechniania. Monopol na najpopularniejszy obecnie white cube jako przestrzeń neutralna dla widza, w zestawieniu z jarmarcznością prezentowania prac na ścianach kawiarni, faktycznie wydaje się rozsądny. Tym niemniej istota funkcjonalności white cube’ów w obecnej, galeryjnej formie się zatraciła.
Wielka Wystawa Studentów to wydarzenie inaugurujące działalność wystawienniczą Turbo w nowym sezonie. Jak każda pierwsza inicjatywa każdej nowej grupy, możemy doszukiwać się w niej pewnych znamion manifestacji swojego sposobu myślenia i działania programowego. Z taką wystawą związane są zazwyczaj wielkie oczekiwania, ale istnieje również ryzyko wielkiego rozczarowania, albo z innej strony zdziwienia, gdy idealistyczne założenia ścierają się z rzeczywistością. Uważam, że Wielka Wystawa Studentów, przygotowana przez nowy zespół Turbo, jest świetnym materiałem do dyskusji i omówienia.
W miniony weekend, gdy znów pojawiłam się w Krakowie i szczękałam widmowym łańcuchem, udało mi się spotkać z nowymi członkami Sekcji Sztuki Współczesnej. [...] Czy coś z tego wyjdzie – nie wiem, obawiam się także, że Sekcja nie zawsze rozumiała, co do nich mówię. Gdy zasugerowałam, że warto podchodzić do sztuki krytycznie (analizując, oceniając, stawiając plusy i minusy), Sekcja jakby struchlała i od razu wszyscy zakrzyknęli, że oni nie chcą, że nikt nie będzie ich lubił, nikt nie będzie z nimi współpracował…
Dlatego właśnie uznaję, że warto zajmować się sztuką z pozycji życia, a nie życiem z pozycji sztuki. W Pracowni Struktur Mentalnych chciałbym pracować nad problemami, które są istotne, zdejmując nawiasy, będąc w centrum tych spraw. Jak w życiu: czasem emocjonalnie, czasem stronniczo, czasem nawet niesłusznie i nietrafnie.
Pewnego dnia przy śniadaniu dopadły mnie skłonności do ostrości. Czy to jest uleczalne? Chyba nie. Nagle w trakcie rozmowy przy kawie okazało się bowiem, że tylko w tych kategoriach mogę opisywać to, co mnie kręci w sztuce.
Galeria Turbo – cóż to jest? Ciężko opisać sytuację, jaka zaistniała w kilku ostatnich miesiącach na terenie warszawskiej ASP. W lochach Wydziału Grafiki, pachnących wilgocią i zapomnieniem, wykluło się pewne zjawisko, turbo zjawisko. Jest to skomplikowany twór. Organizm, który powołany do życia przez rektorat, niczym chirurgiczne uderzenie palca, w ostatniej fazie przeszczepu serca, zaczął żyć.
Spotkanie z Raimundem Steckerem, dyrektorem Lehmbruck Museum w Duisburgu (wcześniej długoletnim dyrektorem Kunstverein w Düsseldorfie), które odbyło się 4 listopada 2011 w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, zainaugurowało drugą edycję projektu „Muzeum Otwarte”.
Wielka Korekta miała swoją premierę w studenckiej galerii Turbo w dniu otwarcia wystawy końcoworocznej 2011 na ASP w Warszawie. Następnego dnia została przeniesiona na miejsce swojego przeznaczenia, czyli korytarz Wydziału Grafiki. Funkcjonowała tam podobnie, jak zwykły automat np. wydający kawę.
Na Akademii padło hasło: STRAJK.
Są artyści, o których nie chce się pisać, z różnych powodów: czy to z braku fascynacji, z czystej uprzejmości czy zachowawczego nie-grania-na-nerwach-środowisku. Czasami też po prostu nie ma o czym pisać, bo nawet to, co zostało już o danym twórcy napisane, to i tak za dużo. Takim artystą był dla mnie zawsze Michał Zawada.
Więcej szczegółów na temat grupy, która zaatakowała policjantów. To członkowie niemieckiej grupy Antifa. Ubrani na czarno i uzbrojeni w pałki najpierw zaatakowali członków grupy rekonstrukcji historycznej, przebranych za wojska napoleońskie. Według naocznych świadków „antyfaszyści” wzięli ich za narodowców.
Z pewnością nie ma jednego i najlepszego modelu funkcjonowania takiej instytucji, jak galeria studencka. Jednak powstanie i funkcjonowanie Turbo w minionym roku akademickim 2010/11 domaga się szerszego omówienia, ponieważ każda kolejna ekipa, próbująca na nowo zdefiniować to miejsce, będzie musiała się odnieść do dorobku pierwszej kadencji.
Mowa jest srebrem, a milczenie złotem, głosi stare przysłowie. Czasami jednak bywa inaczej – mowa w ustach niektórych jest nie tyle srebrem, co zwykłym błotem. Już dziś w „Sztuce na gorąco” czytaj o najnowszym arti skanaliku o posmaku szamba!
Prawie dziewięć miesięcy temu, kiedy trwała pierwsza wystawa w Turbo, napisałem artykuł, o tym, jakie znaczenie i cel, może mieć galeria studencka. Dopiero startowaliśmy, galeria Turbo raczkowała. Przy okazji zmiany zarządu chciałbym, jako współorganizator i prezes koła naukowego Turbo, podsumować, miniony rok pracy i podzielić się, swoimi przemyśleniami, dotyczącymi zajmowania się specyficznym tworem, jakim jest galeria studencka.
Lekka sztuka Mateusza Szczypińskiego – studenta poznańskiej Akademii – jest przyjemna, łatwa i interesująca na chwilę. Nie ma sensu dopatrywać się w niej czegoś więcej niż niezobowiązującej zabawy w odgadnięcie prostego rebusu wykonanego w popularnej i dominującej manierze.
Nareszcie poważna polska instytucja – Muzeum Sztuki Nowoczesnej, zaczyna kreatywnie rozwijać swoje funkcje wychodząc na przeciw potrzebom mieszkańców. Cóż z tego jeżeli z dyskusji o Warszawskich neonach wychodzi się ze smutkiem i niesmakiem?
Niewiele wystaw zrobiło na mnie takie wrażenie, jak prezentacja niedawno odrestaurowanych, siedemnastowiecznych obrazów z Żółkwi, autorstwa Marcina Altomontego, wystawianych obecnie w Teatrze Wielkim w Warszawie.
Osobiście, dostrzegam na polskiej scenie krytycznej wielu mniej lub bardziej interesujących osobników; oczywiście, istnieje także „szary tłum recenzencki”, ale on także nie jest zjawiskiem jednorodnym. Analiza stylów krytycznego bractwa jest przedsięwzięciem równie ryzykownym, co zabawnym. „Sztuka na gorąco” oczywiście nie mogła nie ulec pokusie i zanim się obejrzała, już stukała ciche złośliwostki na klawiaturze.
Od półtora roku codziennie praktykuję medytację, od kilku miesięcy prawie w ogóle nie rysuję i dawno nie bylem tak szczęśliwy jak teraz.
Ścieżka Galeryjna Gabloty Krytyki została pomyślana, jako spacer po stołecznych galeriach, z przeznaczeniem głównie, dla studentów ASP. Moim zdaniem ma wymiar edukacyjny, jej celem jest skłonienie studentów do zainteresowania się bieżącymi wydarzeniami i propozycjami innych artystów.
W wakacje na dziedzińcu ASP w Warszawie położono kostkę Bauma. W internecie od razu pojawiły się głosy, że to obciach i tandeta. Także osoby, z którymi rozmawiałem nie kryły swojego zniesmaczenia, wobec remontu podwórza Pałacu Czapskich-Raczyńskich.
Frapujące jest to, że intelektualiści zazwyczaj odrzucający wszelki uniwersalizm i esencjalizm za oczywiste uznają istnienie czegoś takiego jak istota sztuki. Według sporej części z nich sztuka jest fenomenem niejednoznacznym, koncentrującym uwagę na swej materialności, niereprezentującym i nieuchwytnym.
Warszawska scena galeryjna, jakkolwiek ciągle raczkująca i niewielka w porównaniu z innymi stalicami europejskimi, wydaje się wstępować na nowy etap rozwoju. Cieszymy się z powstania takiej inicjatywy jak „Gdzie jest sztuka”.
„Rok 1647 był to dziwny rok, w którym wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały jakoweś nadzwyczajne wydarzenia” Wiedziałem, że pierwsze zdanie z Ogniem i Mieczem ma w sobie coś z proroctwa. Z tym że za rok 1647 podstawię 2010, a zamiast widoków ukraińskich stepów mury zamalowane sprayem.
Zebrało się na dobrą polemikę. „Szkic niepoprawnie polityczny” Michała Chojeckiego zaczyna się od zdania „Powierzchowne interpretacje i niewłaściwe rozumienie sztuki są przede wszystkim konsekwencją trybu, w jakim ta sztuka funkcjonuje.” Mocne. Autor porzucając konwenanse stawia nas pod ścianą pojęć skończonych i ostatecznych. Za plecami zimny mur, a przed oczami jawi się mroczne pytanie zasugerowane w tekście: czy rozumiesz sztukę właściwie?
We wszystkich, znanych mi tekstach o Bałce autorzy podkreślają, jak szeroko ZNANA i NOWA jest jego twórczość.Każdy, kto nawet w niewielkim stopniu obserwuje polską scenę sztuk wizualnych wie, że po takich zdaniach warto wzmóc czujność i uważniej przyjrzeć się tej nowości wiedząc, że gdy coś narzuca nam się zbyt natarczywie, zwykle jest z tym nie wszystko w porządku.
Wydział grafiki jest specyficznym miejscem dla malarstwa, gdyż zajęcia z tej dziedziny nie są główna specjalnością. Służą przede wszystkim rozwojowi własnej wrażliwości i komunikatywności wizualnej. Celem tych zajęć nie jest produkowanie zawodowych malarzy – specjalistów, lecz pobudzanie do dociekliwości plastycznej, stymulowanie osobistego rozwoju, budowanie szeroko pojętej świadomości artystycznej.
Od piętnastego kwietnia, w białostockiej galerii Arsenał można zobaczyć wystawę „MIR”. Kilka sal zapełnionych obiektami autorstwa jedenaściorga artystów. Dodajmy – młodych artystów (urodzeni w latach 1974 – 1984). Młodych, a więc nowoczesnych. Zakres ich działalności: od performance, przez audioperformance, instalacje, wideo, aż po sitce-specific.
Powierzchowne interpretacje i niewłaściwe rozumienie sztuki są przede wszystkim konsekwencją trybu, w jakim ta sztuka funkcjonuje. I jest to właściwość niezależna od czasów. Efektem właściwym dla naszej epoki jest natomiast traktowanie wszystkiego, również twórczości artystycznej, w kategoriach produktu i informacji. Żyjemy w społeczeństwie zorganizowanym wokół przyswojenia informacji, a nie wokół przeżywania i kontemplowania wartości.
Wydaje się, że w sztuce mamy pełne równouprawnienie. Podział męski/żeński stracił na znaczeniu. Tak myśląc popadamy w błogą bezmyślność, bo i po co nam refleksja nad problemem, którego przecież nie ma. Wystawy kobiet o kobietach w sztuce polskiej lat 70tych i 80tych splotły się w czasie i miejscu by tę spokojną nieświadomość naruszyć. W warszawskiej Zachęcie prezentowana jest wystawa 3 kobiety, a Lokal 30 na krótko stał się siedzibą wystawy Anki Leśniak Fading Traces, dwie wystawy, które rewidują 40 lat bytności kobiet w sztuce polskiej.
W grudniu 2010 roku w galerii Czułość, przeniesionej z warszawskiego klubu 5-10-15 do opuszczonej willi na Saskiej Kępie, odbyła się pierwsza wystawa zdjęć Pawła Eibla. Trzy piętra budynku wypełnione zostały fotografiami eksponowanymi w różnorodny sposób – od klasycznych odbitek w ramach po projekcje video. Sposób prezentacji prac podkreślił ich niejednolity charakter, dzięki temu wystawa Soleil Noir zaskakiwała zdjęcie po zdjęciu, aż po poddasze. Była to również ciekawa próba przekształcenia, do tej pory wirtualnego dorobku w przedmioty i osadzenia go w fizycznej przestrzeni.
Beletrystyka o artystach i biografie artystów to albo bujdy, albo bełkot, albo literackie gnioty. Tymczasem W połowie puste życie i twórczość Oskara Dawickiego, książka stworzona przez Łukasza Gorczycę i Łukasza Rondudę stara się mówić prawdę. Zawiera połowę stron zadrukowanych, a połowę nie. Czego o Oskarze Dawickim możemy się dowiedzieć z książki, a czego artysta nie chce zdradzić? Czy Oskar Dawicki może stać się bohaterem popularnym? Czy na podstawie książki powstanie film fabularny? O tym artysta właściwie niewiele mówi Alkowi Hudzikowi, ale za to sporo się śmieje.
Akademia Sztuk Pięknych to wcielone zło. Artyści aby się od niej odciąć, zakładali wszelakie salony niezależnych, odrzuconych, ogółem manifestowali swoją skrajną niechęć do tego co akademickie, by w późniejszych latach wejść w szeregi kadry profesorskiej. I tak każdy skrajnie anty-akademicki ruch siłą rzeczy, z czasem ściąga w kierunku swojej znienawidzonej Alma Mater. W tym też nie ma nic dziwnego. Jednak są i tacy, którzy od hucznej rewolucji woleliby zmieniać świat (nawet ten akademicki ) powoli.
W tej wymianie tak naprawdę nie chodziło ani o dach nad głową, ani o zdobienie bramy. Wymiana rozegrała się na innym poziomie. Jeśli mówimy o malowaniu, to rzeczywiście wymalowana została brama wjazdowa do gospodarstwa, ale jeśli mówimy o spotkaniu, to w rzeczy samej mówimy o otwieraniu wrót między ludźmi, dla ludzi.
Kuratorki trwającej w warszawskiej Zachęcie wystawy „3 kobiety” podejmują próbę uhistorycznienia polskiego ruchu feministycznego poprzez prezentację dorobku flagowych artystek nurtu: Marii Pinińskiej-Bereś, Natalii LL i Ewy Partum. Wśród prac znajduje się arcydzieło.
Według Pliniusza pierwszym rysownikiem był chłopak, który utrwalił na ścianie kontur cienia swojej ukochanej. Stąd właśnie wiadomo, że rysunek jest traktowany jako źródło sztuk plastycznych od tysięcy lat. Wystawa Rysuj i nie marnuj czasu, przygotowana przez Stacha Szabłowskiego w Salonie Akademii, jest jednak czymś więcej niż tylko zarysem obecności tego medium plastycznego w sztuce.
Mój ojciec umarł miesiąc przed moimi 25. urodzinami. Razem z jego śmiercią upadł pewien porządek, którego namacalnym elementem było istnienie domu rodzinnego, domu w Wesołej, na ulicy Mickiewicza 24
Dekonstruować tytułowy mit realizmu mają dziwne, nierzeczywiste elementy, zachowania i ludzie wklejone do świata enerdowskiego. Jednak są to jedynie dodatki maskujące faktyczną miałkość wyobraźni artysty. Czysty realizm, obrazowanie świata po prostu nie ma dziś dobrej opinii, trzeba uciekać się do innych formuł – ostatnio za najczęstsze uchodzą te nadrealistyczne
Zabawna pod każdym względem – zwłaszcza, że w sposób najwyraźniej niezamierzony – propozycja Muzeum Narodowego w Warszawie, podszyta niegasnącą tęsknotą za żywą moderną, niesie ze sobą bezpośredni, dotąd jednak osobliwie ignorowany metakomunikat. Dwie przestrzenie wystawowe wyznaczają bowiem azymut instytucji na najbliższe lata.
Sztuki plastyczne muszą być zaangażowane, inaczej nikt się nimi nie zainteresuje. Artysta musi komentować społeczeństwo, w innym wypadku przepadnie. Kłam temu zadaje Michał Gayer, którego wystawa w galerii Fundacji Bęc Zmiana już w tytule unosi się „Poza Ziemią”.
Nieumiejętność czy nieporadność indywidualnego myślenia wydaje się wodą na młyn artystów społecznie czy politycznie zaangażowanych. Jedynym, do czego może prowadzić stosowanie w sztuce języka polityki, jest tresowanie. (…) Idealnie wpisuje się w ten schemat narracji postawa Grzegorza Drozda, którego realizacja murali na „skrajnie patologicznym” osiedlu Dudziarska zakończyła się porządną awanturą.
Nie ma wiele osób, które w tak konsekwentny i udany sposób jak Emilia łączyły by indywidualny i trudny sposób zachowania, myślenia i życia, jednocześnie generując przy pomocy sztuki kod, którego rozszyfrowanie pozwala nam pod płaszczem tego szaleństwa znaleźć osobowość nieprawdopodobnie wrażliwą.
Nieczęsto zdarza się, by wystawa sztuki była logiczna i konkretna. Często mam wrażenie, że kuratorzy na siłę wpisują artystów w estetyki i znaczenia, które trudno całościowo na wystawach obronić. Powstaje działanie na siłę, prace tracą, to co w nich oryginalne i pełnią już tylko rolę narzędzia w rękach wystawienników oraz ich dyskusyjnych tez. Dlatego z miłym zaskoczeniem oglądałem najnowszą wystawę Grzegorza Sztwiertni w warszawskiej galerii m2.
„Bielsku-Białej daleko do bycia świecącym punktem na artystycznej mapie Polski. W mieście gdzie mieszka ponad 170 tysięcy ludzi, jedyną prywatną galerią jest SFERA, czyli największe na Podbeskidziu centrum handlowe. Wielki impas, tak można by określić sytuację sztuki w stolicy Podbeskidzia. Sytuację tę próbuje od wielu lat zmienić państwowa instytucja Bielskie BWA, organizując nie tylko festiwale w murach galerii, ale wydarzenia takie jak murale, pobudzając artystycznie tkankę miasta.”
„Nie umiem jednocześnie zbierać materiału do relacji prasowej czy reportażu i fotografować, nie umiem być w tej samej chwili reporterem i fotoreporterem”: pisał o swojej podwójnej dziennikarskiej doli Ryszard Kapuściński. Pozostające w cieniu pisarstwa fotografowanie jest jednak od paru lat obiektem większego zainteresowania, doczekało się już kilku wystaw, w tym ostatniej Z „imperium” fotografie, przygotowanej przez warszawską Zachętę.” – recenzja Alka Hudzika.
„Jedyną osobą, która zabrudziła podłogę na ostatnim wernisażu w white-cubie Galerii Studenckiej Turbo był profesor, który cały czas rozlewał wino.” – prowokacyjny felieton Michała Chojeckiego.
„Wykorzystywanie samograjów jest przykładem braku wyobraźni. W filmie animowanym i ilustracji (szczególnie komiksowej) samograjem jest budowanie nastroju kafkowskiego, wykorzystywanie motywów z życia, przedmiotów, scenografii rodem z początku XX wieku, odwoływanie się do twórczości Schulza i estetyzacji ekspresjonistycznej jak np. z graficznej powieści Fransa Masereela The Sun.” – o wystawie Tomasza Kowalskiego w warszawskim CSW pisze Kuba Maria Mazurkiewicz.
„Łukasz Izert nie tworzy nowych obiektów. On jedynie zastępuje fragmenty rzeczywistości. Wprowadza do niej elementy niekonsekwencji, zaburzenia rodem ze świata cyfrowego. Tworzy żywe modele błędów. Gdy percepcja świata opiera się już jedynie na informacjach, będących światem przetworzonym i podanym na talerzu, a jednocześnie gubi się personalna analiza oparta na wiedzy i własnych doświadczeniach, warto zastanowić się nad projektem, który uczula nas, abyśmy nie ufali zbytnio projekcji.” – Michał Chojecki analizuje nową serię wlepek Łukasza Izerta.
„Bo przecież wchodząc na tę przygotowaną przez kobiety wystawę o sztuce kobiet, przeżywamy szok! Tam aż kipi od seksu, biologii i patologii. Można mieć wrażenie, że kobiety zastanawiając się co je różni od mężczyzny, albo bardziej fundamentalnie, co wpływa na ich tożsamość, dochodzą do wniosku, że jedynie pochwa i dwie piersi.” – Michał Chojecki o ekspozycji w Centre Pompidou w Paryżu.
„Przez ostatni semestr wspólnie z grupą studentów z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie uczestniczyłem w fakultecie dotyczącym krytyki artystycznej XX i XXI wieku, prowadzonym przez pana Wojciecha Włodarczyka. Spotkania polegały na wizytach w galeriach, instytucjach artystycznych, pracowniach oraz dyskusji nt. programów tych placówek.” – na temat instytucji Akademii pisze Kuba Maria Mazurkiewicz.
„Kończy się pierwsza wystawa w Turbo Galerii. Myślę, że to dobry moment na rozpoczęcie rozmowy o tym, po co i jak może funkcjonować instytucja, jaką jest galeria studencka.” – do dyskusji o Turbo Galerii zaprasza Kuba Maria Mazurkiewicz.
„Choć z Akademią nie jestem związany żadnymi bezpośrednimi relacjami, to gdy się trzeźwo spogląda, nie opuszcza wrażenie, że wcale nie ma potrzeby jechać na lotnisko Chopina na wystawę najlepszych dyplomów Coming Out, aby poczuć jakąś świeżość. Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z rześkością, to tutaj, na miejscu – zaraz za główną bramą warszawskiej ASP, w nowo powstałej galerii Turbo.” – o wystawie Beautiful Losers i otwarciu Galerii Turbo pisze Janek Owczarek.
„Rysunek – tak jak esej przed nim dotykał sedna praktyki pisania – dotyka sedna istnienia obrazu, jego ontologicznych granic. Baudrilliard myli się: obraz jest zakorzeniony w materialności, mniej lub bardziej bezpośrednio. Nie możemy odmówić mu sensualności, czegoś co jest obrazem samym, trzeciej przestrzeni w nim obecnej. Niemimetycznej, związanej z perspektywą, ale przestrzeni współobecności wielu przestrzeni w miejscu przecięcia, miejscu negocjacji.” – Michał Fopp o Michale Gayerze, Maess i Aleksandrze Waliszewskiej.
„Tymek Borowski kończy z żartami! Tymek Borowski przyznaje, że zmęczony rzeczywistością, nie tyle już nie jest, co nie bardzo pasuje mu to określenie. Wystawa Koniec żartów, już w samym tytule brzmi buńczucznie, ale żeby to sprawdzić, trzeba wybrać się do galerii Kolonie, gdzie prezentowane są obrazy artysty.”
„Coś zmienia się na Warszawskiej ASP, która zamiast jak co roku zamykać wystawę swoich absolwentów w murach uczelni postanowiła wyjść w przestrzeń publiczną. Coming Out, to nie tylko tytuł wystawy ale myśl przewodnia większego projektu popularyzacji sztuki.” – pisze Alek Hudzik.
„Lubię jej radykalizm. Lubię jej jakby ukośną pozycje względem świata, perspektywę ostrą i bez żadnej taryfy ulgowej. Lubię jej język idiomów, nie prywatną mitologię. Lubię jej techniczną perfekcję, wykorzystywaną z elegancją, ekonomię rysunku.” – Michał Fopp o rysunku współczesnym ogólnie i o rysunkach Maess w szczególności.
Wywiad Alka Hudzika z Grzegorzem Drozdem na temat murali i filmu zrealizowanych na osiedlu Dudziarska w Warszawie.
„W warszawskiej Galerii Kolonie otwarto właśnie nową wystawę obrazów Tymka Borowskiego. Ekspozycja ciekawa i warta obejrzenia, chociażby z tego powodu, aby wyrobić sobie własne zdanie na temat tego malarstwa, bo dużo się o nim mówi i pisze, a mało się go ogląda.” – Koniec Żartów recenzuje Michał Chojecki.
O wystawie i nowej video instalacji Jaśminy Wójcik Hommage a Henryk Stażewski, prezentowanej w warszawskiej galerii 2.0, pisze Michał Chojecki.
„Estetyka, sztuka to słowa za którymi nie przepadam mimo, iż jako osobnik tworzący powinienem być nimi zainteresowany. Odstraszają mnie ze względu na niejasności, które się z nimi wiążą. Nikt nie ma uniwersalnej definicji sztuki i nikt nie potrafi jednoznacznie określić, czym jest sztuka dobra, a czym zła.” – tak rozpoczyna swój esej nadesłany do redakcji Gabloty Krytyki Łukasz Ratz.